lemonka blog

Twój nowy blog

lalal

Brak komentarzy

a;;a;

Powróciłam  do miejsca, w którym narodziło się tak wiele moich pytań i wątpliwości. Do przechowalni niewylanych ze wstydu łez, tamtego dnia, kiedy każda upływająca minuta wkłuwała się boleśnie w skórę, a w głowę rozsadzał  huk  wskazówek zegara, którego nie było. Tamtego dnia, w którym czułam na plecach nadchodzącą prawdę,  moment odarcia mnie z tej fałszywej i źle udawanej obojętności, moment odsłonienia i ukazania światu twarzy osoby żałośnie słabej i przegranej, nieznaną siłą od początku umieszczonej  na straconej pozycji. Mojej twarzy wbudzającej litość.

Nigdy się nie dowiem, ile zostało wtedy za białymi drzwiami, które musiałam zatrzasnąć, zastanawiając się, czy jeszcze kiedyś je otworzę. Czego tak naprawdę pozbawił mnie dźwięk zamykanych drzwi, uderzenie pozałacanej kołatki o wysłużone bruzdy drewna? Długo potem zastanawiałam się jeszcze czy to moja nawiność była dźwignią wyobraźni, która skrząc się rozpalona emocjami, przesłoniła rozczarowującą rzeczywistość, czy też widziałam to, co było, w co słusznie wierzyłam.

Które z słów przecinających zmętniałe powietrze, było czyste, zgodne z wnętrzem wypowiadającego je. Godne szacuku jakim darzę wagę słowa wypowiedzianego, przesłankę moralnej odpowiedzialności.

Każdy dom ma swój zapach. Wiem to od dziecka. Zapach, który utrzymuje się wytrwale. Nie zmieniają go meble, kolory ścian, ani ludzie – odchodzący i przychodzący, jak zwątpienie.  Jest to zapach przestrzeni, która żyje własnym życiem, obojętna na dramaty i szczęście tego, który ją stwarza, obojętna nawet na jego,wobec niej, obojętność . Ten sam był zapach, i chłód glazury pod stopami, i miękka tkanina jasnego dywanu, i łóżko, które kradło mi sny. Czas jedak nie zawiódł i jak nigdy nie upłynął bez śladu.

Z półki, której wyglądu nie pamiętam, wołał do mnie kir ostrzeżenia, że palenie zabija. W kuchni nieproszone mango, a osoba, która zna, która kiedyś oswajała tę przestrzeń, nie da się oszukać, wie, że to znak nowych czasów, że to rozszerzanie miejsca, by stopniowo udostępnić je komuś innemu, nieświadomego bogatej przeszłości, którą przesiąka to wnętrze, nie mogąc go nigdy pochłonąć całkowicie.

Chciałam zaspokoić tę absurdalną tesknotę, za tym zapachem, za myślami i uczuciami, których kiedyś owa przestrzeń była pełna. Dręczyło mnie to niewytłumaczalne pragnienie, by znaleźć się tam raz jeszcze,  wsłuchać się w jej miarowy oddech, choć wiedziałam przecież, że wszystko, co nadaje treść moim wspomnieniom, co je wypełnia i tchnie w nie życie, już dawno rozpierzchło się w świetle marcowego, popołudniowego słońca. Czasem iść za głosem wewnętrznego imperatywu to ulec słabości, przeznaczyć samego siebie na bezsensowne stracenie, ofiarować się w próżnej ofierze na ołtarzu nieistniejącego boga.

Nigdy nie wiadomo, kiedy historia się powtórzy. Kiedy letnie, burzowe powietrze zacznie pachnieć jak przed laty. Kiedy nadchodząca noc będzie rzucać się, jak kiedyś, do gardła. Ulga, z jaka wiąże się mijanie złych chwil, żmudne wypełnianie dokuczliwej pustki, akceptacja wyborów, które nie mogły być nasze, powinna nieść ze sobą także strach i ostrzeżenie, że tak, wszystko przemija, ale nie bezpowrotnie. Brniemy naprzód, za wszelką cenę, ugrzęźnięci w szambie przeszłości, napędzani nadzieją, że nic nie zdarza się dwa razy. Uginając się potem pod konstatacją, że ciąg wydarzeń zaprowadził nas do miejsca, w którym kiedyś już staliśmy, od którego znowu trzeba się odbić. Znów osłaniać się przed deszczem epizodów, o których musimy zapomnieć, powtarzać sobie te same słowa, jak zaklęcia, które nigdy nie działały. Udawać, że nie spłodziliśmy w głowie wyobrażeń, z których rzeczywistość zaśmiała się w głos. Tłumaczyć samemu sobie, że to nie porażka, a cenne doświadczenie, karmić truizmami, że dobrze, że tak się stało, że wszystko z korzyścią dla nas.

Wszelkie pożegnania są trudne, będąc wykroczeniem przeciwko przyzwyczajeniu – drugiej, przecież, naturze człowieka. Zgodą na zmiany, na przemijanie, na odbieranie, a czasem wręcz nadawanie sensu naszym staraniom i wysiłkom. Pożegnania na zawsze niosą ze sobą także rozczarowanie, że klatka zostaje urwana akurat w tym miejscu, że próżno czekać na dalszy ciąg. A, mimo wszystko, ileż to razy czekamy.

Każde doświadczenie jest swoistą konfiguracją. Miejsca, w określonym czasie, tego, jacy w danym momencie byliśmy, co już przeżyliśmy, a na co czekamy, innych, którzy przecięli naszą drogę, ich doświadczeń i ich marzeń i wielu innych fragmentów rzeczywistości, których nie raczymy nawet zauważyć. Świat postrzegam jako zbiór reagujących ze sobą elementów, będących w ciągłym ruchu, nieprzewidywalnych, nachodzących na siebie, a czasem do siebie lgnących, niszczących się i oddalających, co rusz to łączac się i odrywając.

To dlatego ważne są tylko chwile. Każda z nich jest inna, każda jest odrębnym układem, każda sekudna niesie nam nasze nowe ‚ja’, rzeźbione cierpliwie i niezauważalnie, powoli, po trochu,  i bynajmniej nie przez nas samych. Konfiguracje te są tak skomplikowane, tak niepojęte dla ludzkiego rozumu, że nie jesteśmy w stanie ich pamiętać, odtwarzać, a tym bardziej do nich  wracać. To, co było, mija bezpowrotnie i choć zdanie to jest banalne i wyświechtane na przenikliwie zimnym wietrze dziejów, nawet wspomnienia, które wydają się żałosną namiastką przeszłości, tak naprawdę są jedynie odkształconym odbiciem tego, co wydarzyło się naprawdę.

Możemy wracać w „te same” miejsca, spotykać ludzi o tym samym imieniu i nazwisku, co kiedyś, ale zapominamy, że wszystko widzimy przez pryzmat siebie, a więc tego, co podlega nieustającym przemianom. Nie istnieją te same miejsca i ludzie, ci samymi my też już nie. Zostaje nieuchycona nigdy i niepowtarzalna chwila i tragizm człowieczeństwa. Życie jest nieustającym pożegnaniem z dobrym, złym, codziennym i niezwyczajnym, pożegnaniem zawsze nieodpowiednim i nie zawsze uświadomionym.

Jest cień moich rzęs na policzku, ledwie zarysowany. Jest niepokorne oczko w rajstopach i szara smuga myśli tknąca palce. Jest pustka, jakaś taka, w swym ludzkim szaleństwie rozdygotana. Jest dotyk na poplątanych pamięcią włosach i głos nieustający w milczeniu. Brzozy nieme, obojętnie pochylone i słowa uporczywie nienadchodzące. Jest prawda, jak światło załamana w odbiciu wątpliwości i, jak zawsze, strach jest też. Niepewność nazwana boleśnie i „nie wiem”, dwa najważniejsze słowa świata, ich trawiący ogień. Jest walka ze zniecierpliwieniem i dłoń złamana na schematach.

Zastanawiają mnie granice. Kiedy można powiedzieć, że się zmieniło, że przestało się bać, że się zapomniało? Ile jest jeszcze we mnie nieuchwyconych drżeń i lęków serca, niespodziewanych myśli powracjących sprzed lat? Wbrew atawistycznym samoobronny odruchom, próbujemy nie pamietać, wyobraźnią przekuwać zło w dobro, zmieniać nazwy, przekształcać uczucia w celu prostym i pierwotnym do cna. By uniknąć strachu i uciec od bólu, oszukujemy samych siebie. Umniejszamy cierpieniu, które skrzy się w nas jeszcze do końca nie zabliźnione. Pamięć może boleć, a tym samym chronić. Z pamięci podświadomość tka pancerz, który ciąży i izoluje, potęgując czasem samotność. Złe doświadczenia miały być dobre, miały wzmacniać, a czas napędzać i energetyzować. Tak mi, onegdaj, obiecywano. Tymczasem to balast, który hamuje, sprawiając, że pierwszy krok na jasną stronę staje się jeszcze trudniejszy i bardziej skomplikowany. Nie umiem opanować strachu. I nie wiem, kiedy można powiedzieć, że się go pokonało?

Lubimy moralizować, oceniać, wydawać osądy i szafować wyrokami. Och, jakże kochamy porównywać się do innych, używać trybu przypuszczającego, by wyrazić swoją wyższość nad innymi, lepszość, nieskażoną, szeroko pojętą moralność i niezachwianą hierarchię wartości. Wszystko do momentu (a i to zależne jest od stopnia osobistej pokory), gdy złośliwy los wtrąca nas zgrzybiałymi dłońmi, w sytację trudną, niecodzienną, a przynajmniej nie dla nas, jak dotąd, w sytuację, w której nagle zdajemy sobie sprawę, że w obliczu pewnych zdarzeń, wszyscy, tak naprawdę, jesteśmy tacy sami. Zdolni do dokładnie tych samych czynów, zwierzęcy, egoistyczni, wiedzeni wewnętrznymi, prymitywnymi instynktami, bo to, co w nas najsilniejsze, to nie wyuczone zachowania, chęć sprostania normom społecznym, nie nabyta etyka, a chęć życia, wola przetrwania. Są chwile, w których niczym nie różnimy się od zwierząt, kiedy jesteśmy gotowi walczyć o siebie, za wszelką cenę, a o moralności, splątanej fizjologicznymi potrzebami, przestajemy nawet pamiętać. Co więcej, to nie tylko sytuacje ekstremalne, o których mamy nadzieję, że nigdy się nie przydadzą. To także wystawianie nas na próbę, kiedy nawet nie spodziewamy się, że właśnie teraz musimy pokonać w sobie te coraz czyściejsze w tej postaci cechy, takie same dla każdego żywego stworzenia. Jesteśmy w stanie kraść, zdradzać, zabijać, kłamać i mdleć ze strachu, w każdej sekundzie. Racjonalizm, myślenie, które teoretycznie ma nas odróżniać od zwierząt, jest jedynie podkreśleniem tragizmu człowieczeństwa, torturuje świadomością, że słuchanie głosu natury może być czymś złym, wywołuje poczucie winy, że walka o przetrwanie niweczy wszystkie ideały, obraca w proch wszystko, w co wierzyliśmy. I tak trwamy, uwikłani we własne człowieczeństwo, skazani na bezbronność wobec innych, i siebie samych.

Po raz kolejny noc okazuje się najbardziej twórczą i prowokacyjną dla myśli porą dnia. Po raz kolejny czuję w sobie trawiący mnie od środka zamęt uczuć, nadziei i rozczarowań, lęków i postanowień o odwadze i brawurze, który chwyta mnie za gardło, gdy tylko usiłuję wrócić do normalności. Słowa, słowa, tylko one, puste, a jednocześnie nabrzmiałe od czynów. Nic nie umie lepiej od nich wyżymać wnętrzności z wód spokoju. Nic nie wiem o sobie samej. Czy to możliwe, że nie ma jednej mnie, a tylko kilka twarzy, zniekształconych w cudzych oczach odbić? Rozdzielam się na kilka, rozmytych i niedoskonałych, o obłych kształtach postaci, rozpylam w powietrzu pozór prawdy i dotykam wyuczonym, szczerym spojrzeniem smutnych, i wcale nie sarnich, oczu. To nieświadome osobowościowe rozczłonkowanie, nie jest obliczone na efekt, korzyści, zjednywanie ludzi. To ciągłe zawieszenie między bezlikiem decyzji, miotanie się potrzeb i instynktów w ogniu racjonalizmu, do którego wpycha mnie jakś nieczysta siła.

Nadszedl czas, ktorego balam sie niemal tak bardzo, jak go wyczekiwalam. Po sztucznym wywolywaniu radosci, poprzez odtwarzenie w wyobrazni poszczegolnych, przewidywalnych krokow nadchodzacego dnia, wreszcie znalazlam sie w miejscu, z ktorego nigdy, tak naprawde nie moglam odjechac. Powital mnie przenikliwy chlod dalekiej polnocy i szarosc nocnego nieba, utkana z gestego, zimowego powietrza. Widzialam z chmur migocace swiatla leniwego, ospalego po swiatecznym zmecie miasta, widzialam mroczne, symboliczne punkty zamiast miejsc, które były łatwo pomijanym tłem tylu znaczących i tylu nieistotnych historii w moim życiu. Wreszcie moge wyrazac swoje mysli w pelny sposob, wreszcie monety nie ciaza w portfelu i rozpoznaje je po omacku, a odruchowe gesty nie budzą powszechnego zdziwienia.

Wbrew moim obawom, zamiast obcości poczułam sie u siebie zanim jeszcze tknęłam stopami Tą ziemię

Bukiet

Brak komentarzy

Sa dni, w ktorych dozwolone,a nawet wskazane jest zatrzymanie sie nad przeszloscia. W ktorych nie besztam sama siebie za przywolywanie mysli i uczuc z czasu, ktory dawno juz uplynal. Jeden z tych dni jest wlasnie dzisiaj. Nieustannie przechowuję gdzieś w sobie głęboko obraz mnie, tamtej, z tamtego dnia, żałosnej w całej okraszonej naiwnością nieświadomości tego, że w jednej popołudniowej godzinie,wszystko obraca się o sto osiemdziesiąt stopni. Na szczęście zlitowano się nad moją młodzieńczą, kruchą osobą i ofiarowano mi najbardziej pogrążony w paradoksie wymiar – czas. Narzędzie, które zabija stopniowo wszystko, co kochamy, a jednocześnie uzdrawia i dmie do przodu. Jedyne, w co zostałam wyposażona w tych trudnych chwilach, co okazało się wystarczające do ocalenia i przy okazji, dojrzenia. Tamtego dnia widziałam filotetową sukienkę, pobłyskującą delikatnie w świetle sklepowej lampy. Patrzyłam potem na topniejący śnieg, niszczycielsko pochłaniał moje buty. Nie poczułam mokrości swoich stóp, całą swoją uwagę poświęciłam na wykrzesywanie z siebie coraz większego wysiłku, by słowa, które padły godzinę wcześniej dotarły wreszcie do świadomości. Bym dała im swoją oporną wiarę. Choć była to trzecia tego typu próba, nie uczyniłam żadnych postępów. Wyparcie zawsze było silniejsze niż perswazja. Do dziś czuję wyrzuty, ze nie przeżyłam tego jak należy. Że uciekłam w inną, pokrętną i zatracającą rzeczywistość. Że zamiast utrwalać w pamięci obrazy, które miały się ze zdwojoną prędkością zacierać, zaspokajałam wyobraźnią zmysły, uporczywie proszące mnie o więcej. Nie myślałam wtedy o nocnych rozmowach, o gofrach w kształcie serca, o czarnym, ociężałym zenicie i herbacie w metalowym, nieporęcznym koszyku. Nie myślałam też o sobie, ważna była ucieczka, od samotności, tęsknoty i trudnych decyzji.
Do dziś płacę cenę za tamto zagubienie.


  • RSS